Wyrzuty sumienia mnie dręczą od jakichś 2 tygodni.
W zasadzie na logikę, to kompletnie niesłusznie, ale męczą.
Ludzi trzymam na dystans, nie przepadam za poznawaniem nowych. Sąsiadów znam kilku (mimo, że mieszkam tu ponad 4 lata, fakt faktem, że często się zmieniają a znaczna część to studenci). Najczęściej, to M mnie uświadamia, że ta i ta Pani/ Pan mieszka w tym samym bloku. Pamięci do ludzi nie mam w ogóle. Kojarzę, że skądś znam, ale nie wiem skąd;).
Mam sąsiadkę, starsza Pani (90 na karku) mieszka sama.Niezależna, samodzielna, córka odwiedza ją co najmniej kilka razy w tygodniu. Bardzo sympatyczna. Poza tradycyjne "Dzień dobry" wyszłyśmy jak byłam w ciąży. A jak się urodził K. to już w ogóle, prawie babcia, była również na Kacpra chrzcie.To mu coś tam przyniosła, to jak był chory pytała, czy czasem zakupów mi nie zrobić;), albo nie zostać z małym, jak nie było mnie w domu odbierała paczki od kuriera.
Czasem Ona wpadła do nas, czasem my do Niej, lub sam Kacpiś do Niej szedł (bo tam hulaj dusza, piekła nie ma), w podbramkowych sytuacjach zostawała z Nim jak był chory a ja musiałam do apteki czy gdzieś. Jak jej córka wyjechała na urlop, to robiłam jakieś tam drobne zakupy, czy przekazywałam maile od córki itp. Taka tam drobna wzajemna pomoc. Norma.
Było kilka dni do świąt, gotowałam ten cholerny bigos przy włączonym okapie. Nic szczególnego, poza tym, że okap robi strasznie dużo hałasu.
Ktoś puka do drzwi (akurat szłam do łazienki, więc usłyszałam), jakieś 2 dziewczyny.Pytają czy: Pani A??. Mówię, że tak, a one że sąsiadka upadła i mnie woła.
Pośliznęła się w mieszkaniu i nastąpiło pęknięcie endoprotezy.
Sąsiadka laską tłukła w rury na korytarzu, wołała mnie a ja nic:(. Przez ten durny okap.
Na dodatek w tym samym dniu o tej samej porze M pojechał z małym do lekarza, miałam jechać ja (jak właściwie zawsze), ale pojechał M, bo ostatnio się burzył, że musiał czekać na nas 40 minut.
Dobrze, że nie pojechałam.
Dobrze, że studentki ją usłyszały i były w mieszkaniu, jednak nie daje mi to spokoju. Nadal pamiętam jak jeszcze nie byłyśmy " zżyte" opowiadała, że też upadła złamała sobie nogę i całą noc leżała, bo nie chciała późnym wieczorem dzwonić do jednej z sąsiadek i jej niepokoić.
Pomogłam Jej położyć się na łóżku, zadzwoniłam po córkę, bo nie chciała pogotowia (zresztą córka pracuje w środowisku medycznym), dałam wody, posiedziałam do przyjazdu córki. Córka wezwała pogotowie.
Cały czas powtarzałam, że jak coś będzie potrzebować ma dzwonić nieważne o której godzinie. A w tym momencie nawaliłam. Gdybym słyszała jak wołała, to zawsze te ileś minut mniej by cierpiała i szybciej bym po córkę zadzwoniła, a córka po pogotowie.
Nie do końca logiczne ale mnie dręczy.
Na szczęście kolejna operacja skończyła się dobrze, powoli zaczyna chodzić przy pomocy balkonika i jest szansa, że po Nowym Roku wróci tutaj.
A ja wyrzuty sumienia mam nadal, że tak późno zareagowałam.